okej, po tym jak przez ostatnie 2-3 miesiące świat był dla mnie niezwykle okrutny, teraz chyba stara mi się to wynagrodzić obietnicą wyjazdu do londynu (trzymam kciuki, żeby tym razem się udało), macaroons prosto z paryża i całkiem miłym wieczorem; to jednak trochę za mało. ale, po tygodniu wyszłam wreszcie z mojego łóżkowo-komputerowego królestwa do ludzi i okazało się, że czasem spotkania mogą być nawet przyjemniejsze niż leżenie pod kołdrą i oglądanie 5 filmów dziennie. nie mogę za to zasnąć przed 8 rano, ale kto by na to narzekał, jeżeli teraz (no a przynajmniej: dzisiaj) nie widzę już zasadzki za każdym rogiem, jedynie co jakiś czas. kiedy wychodziłam od mojej dziewczyny i szłam do taksówki oddychałam spokojnie, nie obracałam się za siebie i nawet zauważałam takie rzeczy jak to, że widać tylko moje ślady, nikt tędy nie szedł od kiedy spadła kolejna porcja śniegu.
trochę mi tylko smutno, że jutro moja mama wyjeżdża na 3 tygodnie. z jednej strony oczywiście strasznie jej nie lubię, ale mamy generalnie się przydają, kiedy potrzebuję, żeby ktoś się o mnie martwił i sprawdzał w środku nocy, czy wszystko u mnie okej. chociaż może dzisiejszy dzień pokazał, że lekartwa wreszcie zaczynają działać i zupełnie nie mam się czym przejmować.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz