środa, 17 marca 2010

16

wróciłam z londynu (i bristolu) i o dziwo było mi tam dobrze. wstawałam przed 12 (a czasem nawet o 10 rano!), jadłam ciastka z tesco w st.james parku, zrobiłam dużo zakupów,  odwiedziłam dawno niewidzianą koleżankę i zobaczyłam grizzly bear + beach house na żywo. było fajnie, nieźle się bawiłam, pomijając ten moment, kiedy z kingą spóźniłyśmy się na samolot. możnaby też narzekać na grube kaszlące hiszpanki z hostelu i odwołane husky rescue, ale teraz sobie myślę, że w sumie po co. nie wiem, czy to londyn, czy łykane codziennie psychotropki sprawiły, że znów słuchanie muzyki sprawia mi sporo przyjemności, mam więcej siły, podoba mi się więcej ubrań (to najważniejsze). rozszalałam się na tyle, że paliłam papierochy i piłam piwsko, dzięki czemu nie wyglądałam tak smutno i nudnie jak zwykle (ale ciągle jestem nudna). no, jest okej, chociaż czekam, aż będzie jeszcze lepiej, bo co jakiś czas łapię się na tym, że jest mi przeraźliwie smutno i nie widzę sensu czegokolwiek. ciągle też za szybko bije mi serduszko. ale przez większość czasu jest dobrze i tego planuję się trzymać. 

1 komentarz: