śniło mi się, że z kingą, subko i marią startowałam w castingu do 'house'a'. razem z setką innych kandydatek siedziałyśmy w największej sali w szkole, w okręgu i chwaliłyśmy się, jakie jesteśmy zdolne. poszła plotka, że potrzebny jest ktoś, kto umie tańczyć, więc ja prezentowałam rumbę, a kinga tradycyjne tańce irlandzkie. pojechałam w sumie tylko dlatego, że kinga nalegała, a wiem, że bardzo lubi house'a, który miał być w jury (i był!). mogłyśmy nocować w drewnianych chatach, które otaczały ośrodek, gdzie miał miejsce casting, ale ja wolałam wrócić do domu - ponieważ nie miałam na taksówkę, całowałam się z housem (który mnie podrywał), żeby odwiózł mnie do domu. potem dałam mu w twarz. następnego dnia odkryłyśmy, że sam casting nie jest największą atrakcją; w każdej chacie znajdowała się klapa do piwnicy, która okazała się podwodnym światem. ponieważ nie umiem pływać i boję się wody, schodziłam maksymalnie na pół minuty i cały czas musiałam trzymać się drabinki. ale kinga, subko i maria były zachwycone. maria opanowała zasypianie pod wodą (dzięki czemu podobno znajdywała się w jeszcze wspanialszym świecie), w związku z czym jak się obudziłam pamiętałam głównie, jak kinga obstukiwała całą podłogę mówiąc 'maria, obudź się'. właśnie dlatego przerwałam oglądanie 'weeds' i oglądam teraz 'house'a' z prędkością 1/3 sezonu na dzień; zakochałam się w trzynastce (co było do przewidzenia), ale poza tym serial bardzo mnie przygnębił. no i mam jeszcze mniej powodów, żeby iść spać przed 6.
mój poprzedni tak intensywny sen był o wiele fajniejszy. w dużym skrócie biegałam po zamku królewskim, żeby nie spóźnić się na koncert arcade fire, a potem okazało się, że występuję z nimi na koncercie, który był tak naprawdę spektaklem i byłam np przebrana za ducha, albo lała mi się sztuczna krew z gardła. szkoda, że nie pamiętam już szczegółów.
z bardziej realnych przygód znów byłam w białymstoku (byli już tam w s z y s c y i wydaje mi się to strasznie zabawne), gdzie okropnie się rozchorowałam, ale uporządkowałam trochę spraw między mną a s., przynajmniej na tyle, że wydaje mi się, że teraz już wszystko będzie dobrze, o ile sama tego nie zepsuję. pomijając sprawki z s. było bardzo fajnie i dziewczyńsko, słuchałyśmy sheryl crow, aerosmith i kur, przy czym nacia o każdej piosence mówiła, że ta jest najlepsza i jej ulubiona. miłość.
jest mi strasznie głupio, że każdego roku kiedy kończy się lato i dni stają się coraz krótsze (och) jest mi smutno. chcę znów wiosnę. coś mi nie gra z tą nadchodzącą jesienią. chociaż na razie jestem całkiem podekscytowana moimi nowymi studiami, najchętniej teraz pobiegłabym kupić sobie zeszyciki i długopisy.
byłam pewna, że od kiedy biorę asentrę to przestanę mieć pomysły typu 'to teraz się zamyślę i napiszę na blogu trochę refleksyjną noteczkę'. a jednak! słucham na zmianę aerosmith crying i sheryl crow if it makes you happy, do mojej zadumy pasowałby jeszcze papieros, ale niestety nie mogę palić w domu.
2020-09-17 15:00
5 lat temu
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz