czwartek, 8 kwietnia 2010

19

od kwietnia testuję optymistyczne podejście do życia, więc kiedy znów przez przypadek usunęłam w s z y s t k i e swoje filmy powiedziałam sobie, że to nic i będę mieć więcej miejsca na nowe. zobaczyłam cracks z evą green, które było dość słabe, ale całą noc śniło mi się, że jestem w anglii, w szkole dla dziewcząt i przeżywam niesamowite przygody. ponieważ w rzeczywistości raczej nie mam szans (ani ochoty) na przygody, to całkiem fajnie, że przeżywam je w snach. potem ściągnęłam niemiecki film z 1931 roku, o żeńskiej szkole z lesbijskim wątkiem i wtedy znów uwierzyłam, że w internecie jest wszystko.
całymi dniami oglądam filmy, piekę ciasta, śpię i tak mi jest dobrze. denerwuję się, jak pomyślę, że nie mogę tak całe życie, za kilka miesięcy znów pójdę do szkoły, a w wakacje też powinnam robić coś bardziej pożytecznego. chyba jednak wolę na razie wciąż o tym nie myśleć. gdzieś w międzyczasie były święta, podczas których babcia pytała się mnie, czy buntuję się przeciwko wierze, a potem tłumaczyła, że ona też przez to przechodziła. nie buntuję się, jestem znudzona i zmęczona. już dawno temu przestałam się buntować, nie mam na to siły. chwilowo nie mam siły na nic. (chwilowo, tzn od około roku, brawa dla mnie.)
czas najwyższy wyjść z domu, ahoj przygodo.

poniedziałek, 5 kwietnia 2010

18

wszystko będzie dobrze wszystko będzie dobrze wszystko będzie dobrze wszystko będzie dobrze wszystko będzie dobrze

wtorek, 23 marca 2010

17

zamiast korzystać z uroków wiosny rozchorowałam się i znów spędzam całe dnie w łóżku. przestawiłam się z powrotem na spanie do 14 (bo po co mam wstawać, jak jestem chora, a gardło tak mnie boli, że przez pół nocy nie mogę zasnąć). naprawdę bardzo źle się złożyło z tą grypą/chorobą, bo byłam akurat na etapie nadziei i cieszenia się ciepłą pogodą, a tu co. wszystko na nic. nie wiem, jak znów przestawię się na wstawanie przed 12, chyba powinnam polecieć do londynu, ale to drogo i daleko i raczej prędko tam nie zawitam. co prawda kuszą mnie też pikniki, rowery, sukienki i inne wiosenne atrakcje, ale nie wiem, czy na tyle, żeby chciało mi się wcześnie wstawać i wychodzić z domu. tym bardziej, że na razie okropnie kaszlę, więc coś czuję, że zdrowienie będzie powolnym procesem (czego nienawidzę) i jeszcze trochę mi zajmie. na pocieszenie oglądam serial o młodocianych przestępcach z supermocami, ale jest tylko 6 odcinków, więc zaraz mi się skończy i wtedy będzie mi naprawdę smutno. 
i na samą myśl o groźnych powikłaniach po grypie boli mnie serduszko, więc z nudów wymyśliłam sobie już sto innych objawów, a to jest najgorsze, co mogę zrobić. 
(ciągle nie jest tak źle, jak było/może być, więc w sumie tylko marudzę na zapas)

środa, 17 marca 2010

16

wróciłam z londynu (i bristolu) i o dziwo było mi tam dobrze. wstawałam przed 12 (a czasem nawet o 10 rano!), jadłam ciastka z tesco w st.james parku, zrobiłam dużo zakupów,  odwiedziłam dawno niewidzianą koleżankę i zobaczyłam grizzly bear + beach house na żywo. było fajnie, nieźle się bawiłam, pomijając ten moment, kiedy z kingą spóźniłyśmy się na samolot. możnaby też narzekać na grube kaszlące hiszpanki z hostelu i odwołane husky rescue, ale teraz sobie myślę, że w sumie po co. nie wiem, czy to londyn, czy łykane codziennie psychotropki sprawiły, że znów słuchanie muzyki sprawia mi sporo przyjemności, mam więcej siły, podoba mi się więcej ubrań (to najważniejsze). rozszalałam się na tyle, że paliłam papierochy i piłam piwsko, dzięki czemu nie wyglądałam tak smutno i nudnie jak zwykle (ale ciągle jestem nudna). no, jest okej, chociaż czekam, aż będzie jeszcze lepiej, bo co jakiś czas łapię się na tym, że jest mi przeraźliwie smutno i nie widzę sensu czegokolwiek. ciągle też za szybko bije mi serduszko. ale przez większość czasu jest dobrze i tego planuję się trzymać. 

wtorek, 23 lutego 2010

15

dziś był ogólnopolski dzień walki z depresją i z tej okazji wyszłam z domu; okazało się, że jak już wreszcie uda mi się zebrać, to na zewnątrz jest całkiem przyjemnie. wróciłam też sama metrem i nie dostałam po drodze ataku paniki. chciałabym jeszcze, żeby zupełnie przestało boleć mnie serduszko, żeby udawało mi się zasypiać przed 8 rano i/lub żebym nie budziła się co 2 godziny (ciepłe mleko i filmy z audrey hepburn na dobranoc nie pomagają, jestem taka dziewczyńska), a wtedy przestanę w ogóle marudzić, przysięgam.
jest lepiej niż było, ale ciągle nie jest dobrze, a tego wymagam zjadając codziennie okropnie niezdrowe i generalnie złe tabletki.
poza tym trochę tęsknię za mamą, zastanawiam się, jak sobie poradzę przez ponad tydzień w londynie (ale tam mi prawie zawsze dobrze i tak ma być tym razem, proszę) i przemakają mi buty. ale idzie wiosna, która tym razem ma w magiczny sposób rozwiązać wszystkie moje problemy (tak sobie wmawiam).