wtorek, 23 marca 2010

17

zamiast korzystać z uroków wiosny rozchorowałam się i znów spędzam całe dnie w łóżku. przestawiłam się z powrotem na spanie do 14 (bo po co mam wstawać, jak jestem chora, a gardło tak mnie boli, że przez pół nocy nie mogę zasnąć). naprawdę bardzo źle się złożyło z tą grypą/chorobą, bo byłam akurat na etapie nadziei i cieszenia się ciepłą pogodą, a tu co. wszystko na nic. nie wiem, jak znów przestawię się na wstawanie przed 12, chyba powinnam polecieć do londynu, ale to drogo i daleko i raczej prędko tam nie zawitam. co prawda kuszą mnie też pikniki, rowery, sukienki i inne wiosenne atrakcje, ale nie wiem, czy na tyle, żeby chciało mi się wcześnie wstawać i wychodzić z domu. tym bardziej, że na razie okropnie kaszlę, więc coś czuję, że zdrowienie będzie powolnym procesem (czego nienawidzę) i jeszcze trochę mi zajmie. na pocieszenie oglądam serial o młodocianych przestępcach z supermocami, ale jest tylko 6 odcinków, więc zaraz mi się skończy i wtedy będzie mi naprawdę smutno. 
i na samą myśl o groźnych powikłaniach po grypie boli mnie serduszko, więc z nudów wymyśliłam sobie już sto innych objawów, a to jest najgorsze, co mogę zrobić. 
(ciągle nie jest tak źle, jak było/może być, więc w sumie tylko marudzę na zapas)

środa, 17 marca 2010

16

wróciłam z londynu (i bristolu) i o dziwo było mi tam dobrze. wstawałam przed 12 (a czasem nawet o 10 rano!), jadłam ciastka z tesco w st.james parku, zrobiłam dużo zakupów,  odwiedziłam dawno niewidzianą koleżankę i zobaczyłam grizzly bear + beach house na żywo. było fajnie, nieźle się bawiłam, pomijając ten moment, kiedy z kingą spóźniłyśmy się na samolot. możnaby też narzekać na grube kaszlące hiszpanki z hostelu i odwołane husky rescue, ale teraz sobie myślę, że w sumie po co. nie wiem, czy to londyn, czy łykane codziennie psychotropki sprawiły, że znów słuchanie muzyki sprawia mi sporo przyjemności, mam więcej siły, podoba mi się więcej ubrań (to najważniejsze). rozszalałam się na tyle, że paliłam papierochy i piłam piwsko, dzięki czemu nie wyglądałam tak smutno i nudnie jak zwykle (ale ciągle jestem nudna). no, jest okej, chociaż czekam, aż będzie jeszcze lepiej, bo co jakiś czas łapię się na tym, że jest mi przeraźliwie smutno i nie widzę sensu czegokolwiek. ciągle też za szybko bije mi serduszko. ale przez większość czasu jest dobrze i tego planuję się trzymać. 

wtorek, 23 lutego 2010

15

dziś był ogólnopolski dzień walki z depresją i z tej okazji wyszłam z domu; okazało się, że jak już wreszcie uda mi się zebrać, to na zewnątrz jest całkiem przyjemnie. wróciłam też sama metrem i nie dostałam po drodze ataku paniki. chciałabym jeszcze, żeby zupełnie przestało boleć mnie serduszko, żeby udawało mi się zasypiać przed 8 rano i/lub żebym nie budziła się co 2 godziny (ciepłe mleko i filmy z audrey hepburn na dobranoc nie pomagają, jestem taka dziewczyńska), a wtedy przestanę w ogóle marudzić, przysięgam.
jest lepiej niż było, ale ciągle nie jest dobrze, a tego wymagam zjadając codziennie okropnie niezdrowe i generalnie złe tabletki.
poza tym trochę tęsknię za mamą, zastanawiam się, jak sobie poradzę przez ponad tydzień w londynie (ale tam mi prawie zawsze dobrze i tak ma być tym razem, proszę) i przemakają mi buty. ale idzie wiosna, która tym razem ma w magiczny sposób rozwiązać wszystkie moje problemy (tak sobie wmawiam).

sobota, 13 lutego 2010

14

okej, po tym jak przez ostatnie 2-3 miesiące świat był dla mnie niezwykle okrutny, teraz chyba stara mi się to wynagrodzić obietnicą wyjazdu do londynu (trzymam kciuki, żeby tym razem się udało), macaroons prosto z paryża i całkiem miłym wieczorem; to jednak trochę za mało. ale, po tygodniu wyszłam wreszcie z mojego łóżkowo-komputerowego królestwa do ludzi i okazało się, że czasem spotkania mogą być nawet przyjemniejsze niż leżenie pod kołdrą i oglądanie 5 filmów dziennie. nie mogę za to zasnąć przed 8 rano, ale kto by na to narzekał, jeżeli teraz (no a przynajmniej: dzisiaj) nie widzę już zasadzki za każdym rogiem, jedynie co jakiś czas. kiedy wychodziłam od mojej dziewczyny i szłam do taksówki oddychałam spokojnie, nie obracałam się za siebie i nawet zauważałam takie rzeczy jak to, że widać tylko moje ślady, nikt tędy nie szedł od kiedy spadła kolejna porcja śniegu. 
trochę mi tylko smutno, że jutro moja mama wyjeżdża na 3 tygodnie. z jednej strony oczywiście strasznie jej nie lubię, ale mamy generalnie się przydają, kiedy potrzebuję, żeby ktoś się o mnie martwił i sprawdzał w środku nocy, czy wszystko u mnie okej. chociaż może dzisiejszy dzień pokazał, że lekartwa wreszcie zaczynają działać i zupełnie nie mam się czym przejmować.

poniedziałek, 1 lutego 2010

13

okropnie mi przykro, kiedy odkrywam, że każda przyjemność z czasem staje się u mnie męczącym obowiązkiem. w ogóle brakuje mi przyjemności i ciężko mi nawet określić, na co mam ochotę. 
(chociaż dziś od rana wiedziałam, że mam ochotę na drożdżówkę z nadzieniem orzechowo-nutellowym, taką sobie upiekłam i zjadłam i to był najfajniejszy moment dnia)
nie chce mi się przesłuchiwać żadnych nowych płyt, nawet, jeżeli to owen pallett, którego strasznie kocham. generalnie nudzę się i smucę. i martwię na zapas, na przykład tym, że moja dziewczyna znów wyjedzie na dziesięć dni, a ja zostanę samiutka z atakami paniki, smuteczkami i nowymi lekami (które mają mnie uszczęśliwić za jakieś dwa tygodnie, podejście drugie: czasstart). z okazji nowych leków i snu erotycznego z christiną ricci ściągam prozac nation, przez co pewnie znów nie spróbuję nawet zasnąć przed piątą.