wtorek, 23 lutego 2010

15

dziś był ogólnopolski dzień walki z depresją i z tej okazji wyszłam z domu; okazało się, że jak już wreszcie uda mi się zebrać, to na zewnątrz jest całkiem przyjemnie. wróciłam też sama metrem i nie dostałam po drodze ataku paniki. chciałabym jeszcze, żeby zupełnie przestało boleć mnie serduszko, żeby udawało mi się zasypiać przed 8 rano i/lub żebym nie budziła się co 2 godziny (ciepłe mleko i filmy z audrey hepburn na dobranoc nie pomagają, jestem taka dziewczyńska), a wtedy przestanę w ogóle marudzić, przysięgam.
jest lepiej niż było, ale ciągle nie jest dobrze, a tego wymagam zjadając codziennie okropnie niezdrowe i generalnie złe tabletki.
poza tym trochę tęsknię za mamą, zastanawiam się, jak sobie poradzę przez ponad tydzień w londynie (ale tam mi prawie zawsze dobrze i tak ma być tym razem, proszę) i przemakają mi buty. ale idzie wiosna, która tym razem ma w magiczny sposób rozwiązać wszystkie moje problemy (tak sobie wmawiam).

sobota, 13 lutego 2010

14

okej, po tym jak przez ostatnie 2-3 miesiące świat był dla mnie niezwykle okrutny, teraz chyba stara mi się to wynagrodzić obietnicą wyjazdu do londynu (trzymam kciuki, żeby tym razem się udało), macaroons prosto z paryża i całkiem miłym wieczorem; to jednak trochę za mało. ale, po tygodniu wyszłam wreszcie z mojego łóżkowo-komputerowego królestwa do ludzi i okazało się, że czasem spotkania mogą być nawet przyjemniejsze niż leżenie pod kołdrą i oglądanie 5 filmów dziennie. nie mogę za to zasnąć przed 8 rano, ale kto by na to narzekał, jeżeli teraz (no a przynajmniej: dzisiaj) nie widzę już zasadzki za każdym rogiem, jedynie co jakiś czas. kiedy wychodziłam od mojej dziewczyny i szłam do taksówki oddychałam spokojnie, nie obracałam się za siebie i nawet zauważałam takie rzeczy jak to, że widać tylko moje ślady, nikt tędy nie szedł od kiedy spadła kolejna porcja śniegu. 
trochę mi tylko smutno, że jutro moja mama wyjeżdża na 3 tygodnie. z jednej strony oczywiście strasznie jej nie lubię, ale mamy generalnie się przydają, kiedy potrzebuję, żeby ktoś się o mnie martwił i sprawdzał w środku nocy, czy wszystko u mnie okej. chociaż może dzisiejszy dzień pokazał, że lekartwa wreszcie zaczynają działać i zupełnie nie mam się czym przejmować.

poniedziałek, 1 lutego 2010

13

okropnie mi przykro, kiedy odkrywam, że każda przyjemność z czasem staje się u mnie męczącym obowiązkiem. w ogóle brakuje mi przyjemności i ciężko mi nawet określić, na co mam ochotę. 
(chociaż dziś od rana wiedziałam, że mam ochotę na drożdżówkę z nadzieniem orzechowo-nutellowym, taką sobie upiekłam i zjadłam i to był najfajniejszy moment dnia)
nie chce mi się przesłuchiwać żadnych nowych płyt, nawet, jeżeli to owen pallett, którego strasznie kocham. generalnie nudzę się i smucę. i martwię na zapas, na przykład tym, że moja dziewczyna znów wyjedzie na dziesięć dni, a ja zostanę samiutka z atakami paniki, smuteczkami i nowymi lekami (które mają mnie uszczęśliwić za jakieś dwa tygodnie, podejście drugie: czasstart). z okazji nowych leków i snu erotycznego z christiną ricci ściągam prozac nation, przez co pewnie znów nie spróbuję nawet zasnąć przed piątą.

piątek, 29 stycznia 2010

12

(wpis z pamiętniczka nastolatki)

byłam dziś w kinie na sherlocku holmsie i naprawdę świetnie się bawiłam! poza tym jak byłam młodsza żadnej innej postaci literackiej nie kochałam tak jak sherlocka. teraz kocham się w irene adler, granej przez najbardziej uroczą istotę na ziemi, rachel mcadams. to był miły wieczór, pierwszy taki od stu lat

poniedziałek, 25 stycznia 2010

11

boję się iść spać, bo ostatniej nocy śniło mi się, że:

przyłapałam moją dziewczynę jak zdradza mnie z moją przyjaciółką z dzieciństwa. co prawda w pięknej scenerii (nadmorskie miasteczko - połączenie krynicy morskiej i rzymu, plaża nocą, wydmy), ale jakoś mnie to nie pociesza. ja w tym czasie byłam zajęta ignorowaniem zalotów mojej podstawówkowej sympatii. potem podsłuchałam jeszcze bardzo dziwną rozmowę mojej babci z s., ale nad tym nie chcę się nawet zastanawiać.

byłam na wycieczce z siostrami zakonnymi, które uczyły mnie w gimnazjum i polonistą z liceum, najpierw czułam się trochę jak w pikniku pod wiszącą skałą, potem okazało się, że wycieczka jest pielgrzymką i bardzo długo wchodziliśmy na okropnie wysoką wieżę, pod koniec dowiedziałam się, że to miejsce, gdzie ludzie zostają ukrzyżowani; koleżanka ze szkoły s. otarła mi twarz dziwną chustką, wtedy wiedziałam, że to koniec.

trzeciego snu nie mogę sobie w pełni przypomnieć, wiem tylko, że zamieszkałam z kobietą podobną do maryann z true blood, która najpierw udawała, że się mną opiekuje, żeby okazać się szatanem; były pościgi, podróże w czasie i masa pułapek w które oczywiście wpadałam.

za każdym razem w pewnym momencie orientowałam się, że to sen i ze wszystkich sił starałam się obudzić, ale nie mogłam, ostatni raz miałam tak w wieku 7 lat. nie wiem czy to zasługa xanaxu czy czegoś innego, ale nie chcę tak więcej.




przez większość czasu nie wiem co się ze mną dzieje.



i chyba za bardzo rozszalałam się z tym blogowaniem